Weekendowe szaleństwo - pojechałam w góry!

25 sierpnia

Jak to jest zaplanować cały weekend a zrealizować go całkiem inaczej? Bardzo prosto, wystarczy usłyszeć hasło "jedziemy w góry". Serio. I niby myślisz, że dasz radę ze wszystkim to jednak bardzo się mylisz. Weekend planowałam przesiedzieć nad poprawkami książki i napisaniu kilku wpisów do przodu, tych które przeważnie zajmują mi kilka dni. Jednak los lubi sobie kręcić i zmieniać wybrane drogi. Dlatego rzuciłam wszystko co robiłam i spakowałam torbę - niby wyjazd na trzy dni ale kawał Polski do przejechania. Żeby było wszystko jasne to zacznę od początku.


Piątek
Siostra oznajmiła rodzicom i mnie, że ma do załatwienia sprawę służbową w Nowym Sączu i czy nie chcemy przy okazji jechać w góry do rodziny. No ba! Głupie pytanie zadała. Oczywiście że jedziemy. Jak szybko powiedzieliśmy tak później jeszcze kilka godzin się zastanawialiśmy czy aby na pewno. Weź to człowieku zrozum. Zero logiki.

Jak się zdecydowaliśmy że jednak działamy to szybko załatwiliśmy domek na airbnb (polecam, jeszcze się nie zawiodłam na tym portalu), a jak już było zaklepane to nie było odwrotu. Następnie pakowanie toreb oraz najważniejsze, musieliśmy załatwić opiekę dla Mai (kot mojej siostry). Na szczęście mamy kochaną znajomą która zgodziła się od razu (dzięki!), chociaż była przedostatnią osobą do której chcieliśmy dzwonić (sorrki!) :D

Sobota
Rano załatwiliśmy sprawę z kotem a do tego jeszcze oddaliśmy drugi samochód na warsztat. Bo przecież wcześniej nie można było (widoczny sarkazm :P). Ruszyliśmy około 11. Oczywiście siedziałam za kierownicą do samej Bochni gdzie mieliśmy domek. Było to celowe bo w okolicach mamy rodzinę. 680 kilometrów na liczniku i zmienna pogoda. Na wybrzeżu ładnie a czym dalej tym pogoda coraz gorsza. Na miejsce dojechaliśmy na 21. Nie było mowy o niczym innym niż łóżko. Nudny dzień jak nic ale widoki po drodze rekompensowały wszystko.

Strasznie drogie są te nasze autostrady xD

Niedziela
Od samego początku ten dzień był zarezerwowany na odwiedziny u rodziny. I chyba dobrze zrobiliśmy bo cały dzień padało. Jeśli nie znacie zwyczaju górali to wiedzcie, że nie załatwicie takiej wizyty jedną kawą, co to to nie. Więc nie było możliwe odwiedzić wszystkich ale udało się odwiedzić połowę rodzinki - a wróciliśmy do domku o 23. Jeżdżenie po górach to niesamowite przeżycie. I mimo iż wszystko niby blisko to i tak zrobiłam 123 kilometry, bo to się wydaje że jest blisko a wcale tak nie jest.

Nie ma to jak wspominanie czasów kiedy byłam mała i wyciąganie na światło dzienne moich głupich dziecinnych powiedzonek xD Dzięki rodzinko!

Poniedziałek
Ten dzień był najbardziej niesamowity i w końcu się rozpogodziło. Rano spakowaliśmy manatki, oddaliśmy klucze od domku i ruszyliśmy w stronę miejsca docelowego - Nowy Sącz. Jeszcze przed wyjazdem ciągle tata gadał że chce mieć pieska i on jedzie w góry po psa, oczywiście mama nie była zadowolona, ale nie mam bladego pojęcia jak to się stało lecz tata tak kręcił i gadał co chwila, że mama została przekabacona i zamiast kierować się na Nowy Sącz odbiliśmy do jakiejś wiochy gdzie znajdowały się małe pieski (znalezione wcześniej w ogłoszeniach). Tak proszę państwa - kupiliśmy pieska :D Nie martwcie się, ta decyzja nie była spontaniczna bo gadaliśmy już o tym dużo wcześniej, poza tym mieliśmy chomiki, szynszyle, papugi, a teraz mamy kota więc pies to decyzja przemyślana.

I tak piesek podróżniczek udał się z nami do Nowego Sącza. Cała drogę spał, zatrzymywaliśmy się dosyć często i spodobało mu się to. Wysiadka, siku i do auta, i tak w kółko (jak dotarliśmy do Gdyni i wysiedliśmy na dobre, to zaczął szczekać że on chce spowrotem do auta xD). W Nowym Sączu moja siostra nie załatwiła tego co miała i musieliśmy jechać do Gorzowa. Serio!!! A było już południe. No to szybko na autostradę i tak monotonnie przez kolejne 6 godzin jechaliśmy (z przystankami) do miejsca docelowego. Zajechaliśmy na 21. Siostra załatwiła co miała załatwić i w końcu ruszyliśmy w drogę do domu. Kolejne 6 godzin za kółkiem. Tego dnia zrobiłam prawie 1000 kilometrów (bo 200 nabił tata). W domu byłam o 4 nad ranem i widziałam przed sobą tylko łóżko.

Te autostrady są naprawdę drogie xD

Podsumowanie
Zrobiłam prawie 2000 kilometrów. Przesiedziałam około 26 godzin za kółkiem. Z czego się bardzo cieszę bo ja uwielbiam klepać kilometry. Wypiliśmy nie wiadomo ile kawy. Kupiliśmy pieska. Odwiedziliśmy rodzinę. Siostra załatwiła swoje. Wszyscy zadowoleni i szczęśliwi... i niewyspani :D Ale to i tak nie jest najważniejsze bo cała radość zmieściła się w niecałych dwóch kilach małego puchowego cuda. A i najlepsze lody są w Częstochowie w galerii. No takich wielkich lodów to ja w życiu nie widziałam za tak małe pieniądze, serio.

Więc jeśli nadarzy się znowu taka okazja, że usłyszę słowa "Jedziemy w góry?" to bez dwóch zdań powiem "A czemu nie? Tylko tym razem bez puchowych niespodzianek" :D



PS. Ten wpis wyszedł mi zupełnie odwrotnie niż chciałam. Ale czy kiedykolwiek, cokolwiek idzie po mojej myśli. Chyba nie :D Buziaki.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.